środa, 6 czerwca 2012

Od korkowca do sportowca...

Chyba każdy chłopiec lubi "męskie" zabawy. Namiastką dorosłości są zabawy w wojnę, począwszy od pukawek, poprzez kapiszonowce, korkowce, proce, czasem nawet "Home made" prochowce...ale zawsze z zazdrością patrzymy na "prawdziwe" pistolety czy karabiny...

Z wiekiem niektórym zmieniają się zamiłowania ale dla wielu z nas żądza obcowania z prawdziwa bronią nigdy nie przechodzi. 

Nie inaczej było ze mną. Zawsze nęciły mnie militaria. Mogłem się godzinami wgapiać w zdjęcia pistoletów, czołgów, samolotów...To był mój "Playboy”:-)

Kamieniem milowym w moim dążeniu do posiadania jakiegoś prawdziwego strzela dla była wizyta na strażnicy granicznej i możliwość postrzelania z TT. Miałem naście lat i jako jedyny z naszej grupki nie zwichnąłem sobie nadgarstka. Malo tego! Poprosiłem o druga kolejkę wywołując niezłe zdziwienie na twarzach wojaków. Dostałem druga kolejkę i w "nagrodę" oddałem kilka strzałów z "raka" wtedy pokochałem pistolety. I miłość ta pewnie by trwała gdyby w technikum nie zajęcia z PO i strzelanie z kbks. Zajęcia odbywały się na terenowej strzelnicy w kamionce, tej, o której teraz myślimy by ja reaktywować.
Pierwszy kontakt z karabinem to była totalna porażka. Nie umiałem trafić w tarcze na 50m. Z zazdrością obserwowałem popisy starszych kolegów strzelających celnie do paczki zapałek. Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy obserwujący mnie instruktor wytłumaczył mi ze, jeżeli zobaczę ten patyczek na końcu lufy w tych widełkach to będzie mi łatwiej. Wtedy pierwszy raz trafiłem w tarcze! Później instruktor poświecił mi sporo czasu i trening przynosił efekty. W miedzy klasowym turnieju przez cztery kolejne lata zajmowałem miejsce w pierwszej trojce. Ale nigdy nie udało mi się stanąć na najwyższym stopniu podium. Wtedy miłość do pistoletów odeszła w niepamięć. Karabinki całkowicie mnie pochłonęły.  No może nie całkowicie... Dziewczyny, piłka, karabiny, szachy...To odpowiednia kolejność...Ale to inne historie.

Pogoń za strzelaniem spowodowała ze odkryłem wiatrówki. Objazdowe strzelnice jeździły po odpustach a ja jeździłem za nimi. Choć teraz wydaje mi się to niemożliwe, trafienie z 1.5m w zapałkę wcale nie było łatwe. Tak rodziła się moja pasja. Niesamowite, ale śrut, który wtedy pchało się do lufy, w niczym nie przypominał tego, którego używamy teraz. 

Czasy studenckie to całkowite uśpienie pasji. Wtedy liczył się brydż, imprezowanie, szwendanie się po Europie...No i nauka :-).

I kiedyś na bazarku zobaczyłem na straganie znajomy kształt. Karabin. To była wiatrówka Iż. Nowa, mocno upaćkana smarami, zawinięta w papier. Postanowiłem ją kupić. Gdy wróciłem z pieniędzmi już jej nie było. Umówiłem się ze sprzedawcą, że przywiezie mi następnym razem takż samą. Kilka tygodni chodziłem na bazarek, ale więcej już się na nim ten sprzedający nie pojawił. 

Wtedy zacząłem szukać sklepu gdzie można by jakaś wiatrówkę kupić. Poszukiwania via Internet zaprowadziły mnie na "beżowe forum". Ugrzązłem tam na wiele tygodni. Chłonąłem wiedze, przeczytałem chyba całe forum. Postanowiłem coś kupić. Po analizie wpisów na forum, optymalny wydał się HW50 z jednoczęściowym montażem i BT na pokładzie. Od razu pojechał do Hogana. I w ten oto sposób poznałem Waldka. Jednego z webowych "guru". Po odbiór karabinka wybrałem się osobiście i w założeniach krótkie spotkanie trwało kilka godzin. 

Cdn...