niedziela, 7 października 2012

COLT i co z tego wynikło...part 1


„Bóg stworzył ludzi,

Abraham Lincoln dał im wolność, 

a Samuel Colt uczynił ich równymi”



Ten slogan wojny secesyjnej dobitnie  świadczy jaki wpływ na historię Stanów Zjednoczonych a pośrednio współczesnego świata miał Samuel COLT.

Niestety genialny konstruktor nie doczekał czasów by napawać się sensem tych słów.  Urodzony  19 lipca 1814 w Hartford w stanie Connecticut w USA, zmarł  10 stycznia 1862 w Hartford. Od dziecka interesował się techniką.  Wszechstronnie uzdolniony, mający otwarty umysł, z powodzeniem udoskonalał to co wymyślili inni i tworzył nowe rozwiązania.

 W 1830 roku Colt skonstruował prototyp rewolweru kapiszonowego, wyposażonego w otwarty szkielet oraz mechanizm obrotu i ryglowania bębna. Broń była ładowana rozdzielnie (spłonka była ładowana od wlotu, proch i pocisk od wylotu) po odciągnięciu lufy do przodu i zdjęciu magazynka z osi. Po wielu ulepszeniach zgłosił rewolwer jako wynalazek 18 grudnia 1835 roku uzyskał amerykański i angielski patent. I tak powstał COLT PATERSON. 



Paterson produkowany był  w latach 1836 – 47. Pierwsze modele miały kaliber .28 cala (7.11mm) po około roku produkcji  zmieniono kaliber na .36 cala (9,14mm). Długa lufa  7.5 in (19 cm)zapewniała prędkość wylotowa na poziomie 900 ft/s (270 m/s)co zapewniało skuteczny zasięg dochodzący do 65 yd (59 m). Rewolwery były pięciostrzałowe, pracowały w trybie SA (Single Action) czyli oddanie kolejnego strzału następowało po obróceniu bębna poprzez odciągnięcie kurka do tyłu. Nie posiadały mechanizmu ładowania i  wymagały po każdym opróżnieniu bębna, demontażu lufy, zdjęcia bębna, załadowania go i zmontowania rewolweru od nowa. W początkowych latach produkcji sprzedawano rewolwery z drugim, zapasowym bębenkiem. Można było naładować oba i znacząco skrócić, jakże cenny czas ładowania.
Pomimo tego, że mocno awaryjne i często odmawiały posłuszeństwa, to jak już działały, to z „zabójczą” skutecznością. Zwłaszcza rangersi z Texasu  w walce z Komanczami byli pod wrażeniem coltów. Jedna z legend głosi, że kapitan rangersów Samuel Walker za własne pieniądze kupił w 1846 r. bilet do Nowego Jorku, by zaproponować Colt’owi kilka przeróbek broni.
Historia pokazuje, że panowie się spotkali. Efektem współpracy był  COLT WALKER 



Sześciostrzałowy rewolwer czarnoprochowy, jedna z najpotężniejszych konstrukcji tych czasów. Kaliber .44 cala (11,17mm) Produkowany w latach 1847-48, charakteryzujący się prędkością wylotową rzędu 1000-1200ft/s (około 360m/s) i mający zasięg skuteczny ponad 100m stał się postrachem każdego pola walki.
Wojna z Meksykiem spowodowała, że US Army zainteresowała się rewolwerami Colt’a. Ilość zamówień na rewolwery spowodowała, że Samuel Colt otworzył nowoczesną fabrykę i udoskonalił swój pomysł wymiennych części. Dwa dowolne colty można było rozebrać, wymieszać ich części między sobą i po złożeniu mieć znów dwa sprawne rewolwery. W tych czasach (XIX wiek) gdy broń wyrabiano ręcznie, była to nowość. Dodatkowo zmechanizowany proces produkcyjny pozwolił na zminimalizowanie kosztów produkcji rewolweru z 200$ za sztukę do 25$.
Na bazie Colt’a Walker’a skonstruowano COLTA DRAGOON'A



Miał to być rewolwer pozbawiony wad pierwowzoru. Zaprojektowany przez Samuela Colta na potrzeby U.S. Army's Mounted Rifles (zwanych dragonami). Produkowany w latach 1848–1860 w kalibrze .44 cala. Był to w stanie naładowanym, ważący ponad 2kg rewolwer. Niestety jego duże rozmiary i mały zasięg spowodowały, że nie był zbyt popularnym modelem Colt’a.
Samuel Colt opracował jeszcze mniejszą wersję Walkera  -  COLTANAVY,



Istniały dwie jego wersje, model 1851 i 1861. To jeden z piękniejszych modeli Colt’a.  A na pewno jeden z najpopularniejszych. Wyprodukowano go w latach 1850–1873 łącznie w ilości około 250.000 egzemplarzy w zakładach Colta w Hartford i około 22.000 w europejskiej Colt London Armory. Miał  wygrawerowaną na bębnie scenę zwycięskiej bitwy morskiej, która stoczyła  Second Texas Navy w zatoce Campeche 16 Maja  1843. Z założenia, rewolwer skonstruowany dla marynarki wojennej (stąd nazwa Navy).  Lekki, kalibru .36 cala. Wielkością pomiędzy Colt’em Walker’em a Colt’em Pocket’em (kieszonkowym) . Sławę zyskał jednak na lądzie. Ze względu na niedużą wagę i sporą energię wystrzeliwanego pocisku, zyskał sobie dobrą, używali go żołnierze, sheriff’owie i złą sławę za sprawą „czarnych charakterów”. Używał go m.in. legendarny rewolwerowiec James Butler Hickok, zwany Dzikim Billem.

Kolejnym Rewolwerem z fabryki Colt's Manufacturing Company w Hartford był COLT POCKET




Najmniejszy  z Colt’ów. Ważący niespełna 800g, pięciostrzałowy rewolwer, produkowany w latach 1847 - 1873  w kalibrach od .24 do .31 cala (6,1 do 7,9mm) jako Baby Paterson Pocket oraz w kalibrach .36 cala Pocket Navy i Pocket Police.  Łącznie wyprodukowano około 325,000 sztuk kalibru .31, około 19,000 w kalibrze .36 Pocket Navy i 20,000 Pocket Police kalibru .36.  Produkowano je w wersjach z 3 i 6 calową lufą (7.62 i 15.2 cm). Zasięg skuteczny około 25 yd (23m).
Często był traktowany jako broń dodatkowa. Istnieją zapisy, że ranni oficerowie zabierali ze sobą POCKET’Y do szpitala by mieć „silny” argument w rozmowach z chirurgami, którzy chcieli amputować im zranione kończyny.


Na szkielecie Colta Navy powstał w 1860 roku COLT ARMY Model1860.



 Sześciostrzałowy rewolwer czarnoprochowy kalibru .44. Model ten poza większym kalibrem, miał także dłuższe komory bębenka co pozwalało na zastosowanie większej ilości prochu i dłuższych pocisków. W zależności od zastosowanego pocisku osiągał prędkość wylotową w przedziale od  550 do 1000 ft/s i zasięg dochodzący do 75 yd. Wyprodukowano ich ponad 200.000 szt. Colt ten był konstrukcyjnie przystosowany do montażu kolby co pozwalało na szybką konwersję do karabinka.


środa, 6 czerwca 2012

Od korkowca do sportowca...

Chyba każdy chłopiec lubi "męskie" zabawy. Namiastką dorosłości są zabawy w wojnę, począwszy od pukawek, poprzez kapiszonowce, korkowce, proce, czasem nawet "Home made" prochowce...ale zawsze z zazdrością patrzymy na "prawdziwe" pistolety czy karabiny...

Z wiekiem niektórym zmieniają się zamiłowania ale dla wielu z nas żądza obcowania z prawdziwa bronią nigdy nie przechodzi. 

Nie inaczej było ze mną. Zawsze nęciły mnie militaria. Mogłem się godzinami wgapiać w zdjęcia pistoletów, czołgów, samolotów...To był mój "Playboy”:-)

Kamieniem milowym w moim dążeniu do posiadania jakiegoś prawdziwego strzela dla była wizyta na strażnicy granicznej i możliwość postrzelania z TT. Miałem naście lat i jako jedyny z naszej grupki nie zwichnąłem sobie nadgarstka. Malo tego! Poprosiłem o druga kolejkę wywołując niezłe zdziwienie na twarzach wojaków. Dostałem druga kolejkę i w "nagrodę" oddałem kilka strzałów z "raka" wtedy pokochałem pistolety. I miłość ta pewnie by trwała gdyby w technikum nie zajęcia z PO i strzelanie z kbks. Zajęcia odbywały się na terenowej strzelnicy w kamionce, tej, o której teraz myślimy by ja reaktywować.
Pierwszy kontakt z karabinem to była totalna porażka. Nie umiałem trafić w tarcze na 50m. Z zazdrością obserwowałem popisy starszych kolegów strzelających celnie do paczki zapałek. Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy obserwujący mnie instruktor wytłumaczył mi ze, jeżeli zobaczę ten patyczek na końcu lufy w tych widełkach to będzie mi łatwiej. Wtedy pierwszy raz trafiłem w tarcze! Później instruktor poświecił mi sporo czasu i trening przynosił efekty. W miedzy klasowym turnieju przez cztery kolejne lata zajmowałem miejsce w pierwszej trojce. Ale nigdy nie udało mi się stanąć na najwyższym stopniu podium. Wtedy miłość do pistoletów odeszła w niepamięć. Karabinki całkowicie mnie pochłonęły.  No może nie całkowicie... Dziewczyny, piłka, karabiny, szachy...To odpowiednia kolejność...Ale to inne historie.

Pogoń za strzelaniem spowodowała ze odkryłem wiatrówki. Objazdowe strzelnice jeździły po odpustach a ja jeździłem za nimi. Choć teraz wydaje mi się to niemożliwe, trafienie z 1.5m w zapałkę wcale nie było łatwe. Tak rodziła się moja pasja. Niesamowite, ale śrut, który wtedy pchało się do lufy, w niczym nie przypominał tego, którego używamy teraz. 

Czasy studenckie to całkowite uśpienie pasji. Wtedy liczył się brydż, imprezowanie, szwendanie się po Europie...No i nauka :-).

I kiedyś na bazarku zobaczyłem na straganie znajomy kształt. Karabin. To była wiatrówka Iż. Nowa, mocno upaćkana smarami, zawinięta w papier. Postanowiłem ją kupić. Gdy wróciłem z pieniędzmi już jej nie było. Umówiłem się ze sprzedawcą, że przywiezie mi następnym razem takż samą. Kilka tygodni chodziłem na bazarek, ale więcej już się na nim ten sprzedający nie pojawił. 

Wtedy zacząłem szukać sklepu gdzie można by jakaś wiatrówkę kupić. Poszukiwania via Internet zaprowadziły mnie na "beżowe forum". Ugrzązłem tam na wiele tygodni. Chłonąłem wiedze, przeczytałem chyba całe forum. Postanowiłem coś kupić. Po analizie wpisów na forum, optymalny wydał się HW50 z jednoczęściowym montażem i BT na pokładzie. Od razu pojechał do Hogana. I w ten oto sposób poznałem Waldka. Jednego z webowych "guru". Po odbiór karabinka wybrałem się osobiście i w założeniach krótkie spotkanie trwało kilka godzin. 

Cdn...

piątek, 13 kwietnia 2012

AA S400 tulejka



S 400 tak już ma, że aby napiąć sprężynę zbijaka, trzeba wykonać długi ruch ryglem. Nie jest to dobre dla żywotności sprężyny. Na iwebie koledzy tuningujący S400 przetaczają zbijak i zakładają tulejkę. Ja nie chciałem przetaczać zbijaka więc wykombinowałem inną tulejkę.

W komplecie z prowadnicą sprężyny. A w karabinku wygląda to tak.


Długość prowadnicy to 8,5 mm i o tyle skraca się droga napięcia zbijaka. Czyli o tyle właśnie ruch ryglem będzie krótszy. Oszczędzamy sprężynę i łatwiej napiąć zbijak.